Dwoje ludzi się spotkało, zainteresowało sobą, coś przeżyło, a potem...no, nie zawsze "żyli długo i szczęśliwie". Rozstają się i najczęściej nie za obopólnym pragnieniem. Jedna ze stron zdecydowanie nie jest zainteresowana dalszymi kontaktami, druga - odwrotnie.
Zawód miłosny to przede wszystkim poczucie odrzucenia, tęsknota za bliską dotąd osobą i poważne nadwyrężenie samooceny. Ból po utracie "drugiej połówki" to chyba najczęstszy powód zgłoszeń do terapii. Są to też dla terapeuty, no przynajmniej dla mnie, problemy najtrudniejsze: klient naprawdę cierpi, a jest to sytuacja w której nic, ale to nic, realnie nie można zrobić. Nikogo nie można zmusić do kochania. Ani do niekochania.
Ludzie porzucają się w różny sposób: za pomocą smsa; po wyjątkowo pięknym dniu, zafundowanym porzucanemu w intencji wynagrodzenia cierpień; znikając bez słowa. Jak najmniej boleśnie porzucić kogoś? Chyba nie ma takiego sposobu - jeśli się kochało, to zawsze będzie bolało i nic się na to nie poradzi.