Psychologia do codziennego użytku. Zaufaj, przeczytaj, wykorzystaj lub nie.
RSS
niedziela, 06 maja 2012

Nie żal, nie pretensja, nie uraza, nie zarzut. Zadra to coś o wiele mniejszego. W stosunku do wcześniej wymienionych ma się jak drzazga do kija bejsbolowego. Ale jest. I boli. Nie za bardzo. Nie na tyle, żeby zerwać stosunki lub nawet okazać niechęć. Nie wyrzuca się ulubionego kubka tylko dlatego, że ma niewielką rysę, a jednak smutno nam, że ta rysa jest.

Nie znam żadnych opracowań naukowych na temat zadry, muszę się więc oprzeć tylko na własnych doświadczeniach.

Po co w ogóle o niej pisać, skoro to taki drobiazg? A dlatego, że życie właśnie z drobiazgów się składa. Wydarzenia dramatyczne i wielkie zdarzają się rzadko i zazwyczaj dajesz sobie z nimi radę, a jeśli nie, to możesz szukać pomocy u specjalisty. Ze zwykłą, durną, często nawet kiepsko uzasadnioną zadrą nie będziesz się przecież obnosić, bo okazałbyś małostkowość i przewrażliwienie. Czasem, w czasie długiej terapii, która ciągnie się niemrawo i właściwie nie wiadomo, czemu jest tak źle, skoro jest tak dobrze, zadra wyłazi przypadkiem, jak koszula ze spodni i przestaje być elegancko i grzecznie, ale za zaczyna być pożytecznie.

Ktoś, kogo zadra dotyczy, zazwyczaj nawet nie domyśla się jej natury. Tak, czuje, że coś jest w relacji nie tak jak kiedyś, ale zazwyczaj bagatelizuje przyczynę. Nic takiego się przecież nie wydarzyło, pewnie ma muchy w nosie, przejdzie mu. I zazwyczaj tak jest. Stosunki pozornie wracają do dobrej normy, ale nie są już tak oczywiście serdeczne dla jednej ze stron.

Zadra może być bardzo niebezpieczna w sytuacji konfliktu Kiedy ważymy wszystkie teraźniejsze za i przeciw, to ona ostatecznie może przeważyć na niekorzyść związku.

"A pamiętasz co twoja matka powiedziała do mnie na weselu Jasia?""Boże, to było 20 lat temu!". Fakt, dawno, ale zadra została. I robiła swoje. Przez 20 lat.

Jeśli widzisz, że ktoś zazwyczaj ci bliski zaczyna patrzeć na ciebie inaczej, mówić inaczej, milczeć inaczej, to upewnij się, czy mimowolnie nie zraniłeś go czymś. I nie wierz w bajki o muchach w nosie. Zapewniam cię, że występują tam znacznie rzadziej, niż się mówi :)


Tagi: zranienie
20:37, nikitaps
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 kwietnia 2012

Słysząc: "dojrzała kobieta", mówiąc: "nazbyt dojrzały na swój wiek", co właściwie masz na myśli? Pewnie istnieją jakieś naukowe definicje dojrzałości, ale mnie nie o ich przytaczanie chodzi, a o zastanowienie, co to właściwie dla mnie znaczy, co o niej wiem?

Wiem, że ma jedynie pośredni związek z wiekiem. Bywają rozkoszne staruszki, które żyją tak, jakby ciągle miały naście lat: nieroztropne, chimeryczne, nieadekwatne w ocenie swoich możliwości i potrzeb. I odwrotnie - są nastolatki przerażające swoim realistycznym, gotowym planem na życie, bez wahań i rozterek.

Wiem też, że dojrzałości trzeba się uczyć żyjąc. Literatura średnio tu pomaga. Czytasz i wydaje ci się, że rozumiesz. No właśnie, wydaje ci się. Przez dojrzewanie każdy musi przejść własną drogą.

Skąd wiadomo, że się dojrzało? Ano właśnie, to się po prostu wie, tak jak to, czy w domu panuje bałagan, czy ład. Oczywiście w twoim odczuciu. Ktoś inny może by i coś jeszcze poprawił lub wprowadził trochę luzu, ale to nie jego, a twój dom.

Wiesz, co jest naprawdę ważne, a co mniej istotne, czym warto się przejmować, a co można sobie odpuścić, co jest priorytetem, a co mogłoby być, choć niekoniecznie, choć fajnie by było. Znasz swoje prawdziwe potrzeby, nie ulegasz mobbingowi reklam, ani obowiązujących aktualnie trendów. Nie wszyscy muszą przypominać lalki Barbie i Kena i chwała Bogu, bo kto wtedy rodziłby dzieci i budował drogi? No i znasz swoje realne możliwości, umiesz zaakceptować swoje ograniczenia, bo każdy jakieś ma, i żyć z nimi w zgodzie. Te ułomności, które tak cię nieraz denerwują, to także ty - szanuj je i respektuj, a jeśli ci się to uda, to i inni spojrzą na nie z należnym im szacunkiem.

No i w tym miejscu dochodzimy do najtrudniejszego stopnia na drodze do dojrzałości: umiejętności spokojnej, pogodnej rezygnacji z tego, czego mieć nie możesz, z tych czy innych względów. I nie oznacza to wcale, żeby wyzbyć się planów, ale żeby umieć oddzielić je od marzeń, a te mają to do siebie, że rzadko się spełniają, a jak już to głównie w literaturze lub w filmie. No bo po to są marzenia, żeby przywołać je przed snem, zamiast liczyć barany.

"Jest majówka, cała Polska grilluje..." A g...o prawda! Może połowa, z czego połowa, "bo tak robią wszyscy". Mnie majówka nieodłącznie kojarzy się z kleszczem, którego przywlokłam pod zrujnowaną tłuszczem z kiełbaski bluzką, okropnej zresztą, ale z grilla (mowa o kiełbasce, nie o bluzce :) ). I z panami, którzy po kolejnym piwie są jeszcze nudniejsi niż zazwyczaj. I z rowerem, który kocham, ale w tym roku musi poczekać, bo nie mam ani czasu, ani siły. Moja majówka to mycie (w końcu!) okien, ogarnięcie siebie i mieszkania, w tym gotowanie na pół tygodnia naprzód, bo wtedy nie będę miała na to czasu; książka w przerwach; ulubione programy w TV w trakcie tego co wyżej; pisanie w trakcie porannej kawy bloga. Czy chciałabym inaczej? Jasne, że tak, ale na ten czas, na ten moment, to najlepsze, co mogę dla siebie zrobić i cieszę się, że mam taką możliwość, bo jak się to komuś wydaje oczywiste, to jest w ogromnym błędzie. Pamiętam i taką majówkę, kiedy, pomimo wybujałych planów i możliwości ich realizacji, wylądowałam na chirurgii szczękowej, a to, zapewniam, średnia przyjemność. Dziś więc z niekłamaną radością zabieram się do pracy, a kiedy starczy mi jeszcze sił na wieczorne marzenia, to będzie znaczyło, że jestem mocno do przodu.

sobota, 21 kwietnia 2012

Choroba obłożna, a szczególnie choroba przewlekła jest trudnym doświadczeniem nie tylko dla samego chorego, ale i dla całej jego rodziny. Niełatwo pogodzić się z cierpieniem, bólem, stałym dyskomfortem i ograniczeniami. Różnie reagujemy i zachowujemy się w takiej sytuacji.

Dziś chciałam napisać o tych, którzy chorobę, prawdziwą lub wyolbrzymioną, wykorzystują dla usprawiedliwienia i wyrażenia najgorszych stron swojej osobowości. Szantażując otoczenie emocjonalnie, najczęściej jednego opiekuna, zmuszają go do zupełnego podporządkowania się i swojego życia choremu. Obserwując sytuację z boku ma się wątpliwości, kto w tym całym chorym układzie jest bardziej pokrzywdzony. Nikt jednak, szczególnie z osób spoza ścisłej rodziny, nie ma wątpliwości, komu należy współczuć.

Ja też nie mam, choć akurat odwrotnie. Nauczona doświadczeniem bacznie przyglądam się opiekunom i staram się im poświęcić jak najwięcej uwagi, bo wiem, że jako osoby zdrowe na co dzień takiej uwagi nie dostają. Przeciwnie, lekarze, pielęgniarki, dalsza rodzina stawia przed nimi często zadania przerastające ich możliwości, a wszystko w imię dobra chorego. Rzadko ktoś powie coś doceniającego wysiłki opiekuna, no bo przecież to nie on jest poszkodowany. Jest. A w przypadku chorującego terrorysty w sposób okrutny. Terrorysta ma dwie twarze: jedną na użytek odwiedzających, drugą pokazuje tylko bliskim. Muszą jednak tę wiedzę zachować dla siebie, no bo jak to tak mówić źle o kimś cierpiącym? Trzeba sumienia nie mieć! Nie jest wcale zdarzeniem wyjątkowym, że częściej odchodzi "ten zdrowszy", bowiem opieka nad terrorystą jest wyniszczająca.

Oczywiście sytuacja, którą opisuję, nie mogłaby mieć miejsca bez zgody i uległości opiekuna, ale to już inny temat.

Kiedy tylko mogę korzystam, podobnie jak teraz, z okazji, żeby prosić, namawiać, zachęcać do wspierania opiekunów. Chory tego wsparcia ma dostatecznie dużo już z racji samej choroby.

I na koniec: obyśmy zdrowi byli! I nasze rodziny.   

wtorek, 17 kwietnia 2012

Od pewnego czasu obserwuję zjawisko, które można by nazwać dorabianiem sobie gęby. Pierwszy raz dotarło to do mnie bardzo wyraźnie, gdy natknęłam się na Facebooku na profil kogoś, kogo dobrze znam. Czytam, patrzę i oczom nie wierzę: przecież to nie ty! to ktoś, kim chciałbyś być lub przynajmniej chciałbyś, żeby cię takim widziano. Ale, myślę sobie, fb to fb, taki styl, taki lans, jednak nie tylko na portalach społecznościowych i nie zawsze, jak sądzę, świadomie zastępujemy swoją własną twarz taką, jaką chcielibyśmy mieć.

Słucham jak nawołujesz do, załóżmy, ascezy, a wiem, widzę, że twoje życie jest pełne przepychu lub przynajmniej chciałbyś, żeby takie było. Po co ta fałszywa gęba? Bo ci się bardziej podoba, niż własna. Bo uważasz, że kupisz tym sobie sympatię innych. Bo nie tolerujesz swoich wad, a najczęściej nawet o nich nie wiesz. Na ile jesteś świadomy, jak sztuczna jest twoja twarz i jak bardzo jest to widoczne dla innych?

Oczywiście nie jest to zjawisko ani nowe, ani nieznane mi, jednak właśnie jakoś tak ostatnio atakuje mnie szczególnie natarczywie ze wszystkich stron. Albo ono się nasiliło albo ja z jakiś powodów stałam się bardziej wyczulona na autokreacje i zmęczona nimi.

I tak się zastanawiam, jaką twarz sama kreuję? Nie jestem nieskazitelna. Wiele o sobie wiem, ale nie wszystko, bo dystans jest zbyt mały; z daleka widać całość wyraźniej. Czy tak samo drażnię innych swoją poker face, blefując?

sobota, 07 kwietnia 2012

Nie mogłam w nocy zasnąć. Nie i już. Znasz to? Podobno, gdy rozum śpi budzą się demony, ale moje wylazły, bo właśnie nie spał. Myśli uciekały do ludzi mi bliskich, wspomnień innych świąt, no i wylazł wielki nocny lęk: co się z nami stanie? Czy jeszcze kiedyś będziemy śmieć się, a nie tylko uśmiechać, jak kiedyś? I dlaczego tak jest?

00,00...01,00...02,00...03,00...dużo czasu na myślenie...zmieniają się czerwone cyfry na zegarze, a sen nie przychodzi...jak wstanę, to się już nie położę, a mam tyle pracy jutro...

Rozum fedruje jak górnik na przodku, a serce się tłucze. No rzesz...jeszcze tylko jakaś psychosomka mi potrzebna do szczęście. Mam ochotę to serce kopnąć w d...pę, ale czy serce ma d...ę?

I nagle eureka! Już wiem, czemu tak jest. To kryzys. Wdarł się ukradkiem, niepostrzeżenie do mojego życia, do życia moich bliskich i rozgościł się, jak panisko u wasali. Sieje niepokój, zamęt, budzi najgorsze instynkty, bo żeby przetrwać czasem trzeba sobie ubrudzić rączki, a nie wszystkim przychodzi to lekko i bez bólu. Ktoś pogrzebał nieżyczliwie w finansach, być może nawet nie na mojej półkuli, a ja nie śpię. Paranoja.

Wszystko, co ma początek, musi mieć i koniec, więc zasnęłam i obudziłam się z przerażeniem, że zaspałam, że nie zdążę, że sobie nie poradzę. Totalna panika. Co się wtedy robi? "Jak ci śpieszno, to se siądź". I tak zrobiłam. Jedna, druga kawa. Nie umiem pić kawy bezczynnie, więc piszę.

To notka o tym, że wszystko kiedyś musi się skończyć. I kryzys się od tej reguły nie wywinie. I znowu będziemy się śmiać. I tego życzę wszystkim na te święta. Na pohybel kryzysowi!

WESOŁYCH ŚWIĄT

wtorek, 03 kwietnia 2012

Kiedy przyglądam się swojemu życiu i życiorysom ludzi, których poznałam, uderzające jest, że wszystko, co najważniejsze, co decyduje o dalszym jego biegu wydarza się nagle, przypadkiem, bez ostrzeżenia. Latami starasz się planować, przewidywać, ubezpieczać, zapobiegać, a potem jedno, czasem z pozoru nic nie znaczące wydarzenie, daje początek nieprzewidzianym zmianom. Dobrym lub złym. No więc dziękujesz za nie niebiosom lub im złorzeczysz. A potem myślisz, czy mogłeś przewidzieć lub dostrzec jakieś znaki ostrzegawcze. Czasem dorabiasz do tego historię o dziwnych przeczuciach lub omenach, mających zwiastować przyszłe wydarzenie. To normalne. Nikt nie lubi czuć się jak papierowy stateczek w nurcie rwącej rzece. Ludzie chcą mieć poczucie wpływu na swój los. Nawet kosztem racjonalnego myślenia.

I mają. W tych długich, zazwyczaj, przerwach między jednym, a drugim trzęsieniem ziemi, które przestawiają losy na inny, nowy tor. Dobrze jest jednak pamiętać, że nie na wszystko mamy wpływ, że pewne sytuacje zwyczajnie się wydarzają, sprawy dzieją i nie ma w tym niczyjej winy. Ani zasługi. Tak się po prostu żyje. Zakosami.

06:52, nikitaps
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 marca 2012

Co to tak naprawdę znaczy? Jak zmierzyć miłość i jak poznać, czy to miłość właśnie, a nie jedynie sympatia, czy korzyści płynące z obcowania?

Definicja miłości w psychologii jest prosta i klarowna: miłość = czas + uwaga. Bo przecież nie wypowiadane czułe słówka, nie naręcza kwiatów, nie gorliwe zapewnienia świadczą o uczuciu, ale codzienna pomoc, wsparcie, uważność na czyjeś potrzeby i oczekiwania.

W/g tej definicji w rodzinie gdzie są dzieci, najbardziej kochane bywają te zbuntowane i kłopotliwe, wymagające najwięcej czasu i uwagi. Dzieci uległe, pokorne, posłuszne często czują, że dostają tej miłości mniej, choć bywają chwalone i stawiane za wzór. Pierwotnie właśnie żywy temperament lub inny kłopot związany z wychowaniem bywa przyczyną skupienia na nim całych wysiłków, ale z czasem, kiedy się już tyle tego skupienia i wysiłku (czyt. miłości) zainwestowało, naprawdę kocha się je bardziej, bo czas wspólnie spędzony i włożony trud bardzo łączą. Tak już jest. To dziecko jest bliższe.

Podobnie dzieje się w relacjach ludzi dorosłych. Pewnie często zdarzyło ci się obserwować sytuacje, kiedy aż się na usta cisnęło stwierdzenie: on/ona nie zasługuje na taką miłość. Dobrym przykładem mogą być nieroztropne kobietki, co rusz pakujące siebie i rodzinę w kłopoty, którym jednak wszystko się wybacza i kocha. W przeciwieństwie do zaradnych, "silnych", lojalnych, solidnych. No, bo gdzie tu miejsce na miłość? Niczego nie potrzebują (pozornie), świetnie sobie dają radę, są samowystarczalne, a partner czuje się zbędny. Nie musi poświęcać ani czasu, ani uwagi, żeby partnerka była bezpieczna, zadowolona, a dom sprawnie funkcjonował. No jasne, że mógłby coś tak sam od siebie, ale to raczej nie leży w ludzkiej naturze: wysiłek wkłada się wtedy, kiedy trzeba, a nie kiedy się może lub nie. W dodatku partner, który jest bardzo kompetentny i samodzielny sprawia, że druga strona z relacji czuje się gorsza lub wręcz zbędna. Kobiety z taką sytuacją radzą sobie stosunkowo dobrze, mężczyźni - fatalnie, co jest jakoś tam uwarunkowane kulturowo.

Co zrobić, żeby być kochanym? Przede wszystkim nauczyć się brać: pomoc, zainteresowanie, czas i uwagę. Sprawić, żeby partner poczuł się niezbędny, mądry, silny, jednym słowem - wartościowy. No tak, przyznaję, że dużo w tym gry, czasem udawania, ale czego nie robi się w imię miłości? :)

Tagi: miłość
07:08, nikitaps
Link Komentarze (20) »
sobota, 17 marca 2012

Czy miałeś kiedyś ochotę odlecieć, upić się, zapomnieć, wyluzować, wylogować z reala? Choć na moment, na chwilę, na jakiś czas. Bo za bardzo bolało? Albo było zbyt mało radośnie jak na okoliczności? A może nie potrafiłeś sobie poradzić z męczącym niepokojem lub napięciem?

Mniej więcej w takich okolicznościach ludzie szukają substancji zmieniających stan świadomości: alkoholu, narkotyków, lekarstw. Jedni się od nich uzależniają, inni nie. Nie ma pewności, dlaczego tak się dzieje, choć ostatnio coraz częściej obarcza się winą za skłonność do uzależnień geny.

Środki odurzające nie są wynalazkiem XXI wieku. Pewnie towarzyszyły ludziom od zawsze. Czy na taką skalę, jak dziś? Czy tak samo wysokim kosztem? O ile wiem, nie zrobiono takich badań. W każdym razie nigdy się na takie nie natknęłam. A to ważne i ciekawe, bo być może okazałoby się, że pomimo intensywnych działań profilaktycznych i terapeutycznych, odsetek osób uzależnionych w społecznościach jest zawsze ten sam. Albo wprost przeciwnie - być może narkomania to dżuma XXI wieku.

Konsumentami różnej maści środków psychoaktywnych są nie tylko lekkomyślne nastolatki. Tempo życia, przymus perfekcjonizmu i osiągnięć, rozluźnienie relacji międzyludzkich sprawiają, że przynajmniej u części z nas pojawiają się dokuczliwe emocje i napięcie, a część z tej części jest skłonna radzić sobie z ich, chwilową chociaż, eliminacją radykalnie, odurzając się. W USA co trzeci lek wydawany na receptę, to antydepresanty. Czy jednak mamy pewność, że gdyby warunki i oczekiwania społeczne zmieniły się na wysoce korzystne, narkomani, lekomani i alkoholicy zniknęliby? Ja takiej pewności nie mam. Jeśli przywołasz w myślach ludzi których znasz, pewnie bez trudu wytypujesz takich, którzy nigdy, w żadnych okolicznościach, nie sięgnęliby po ulepszacze życia, ale i tych, którzy chętnie i bez dużych oporów by spróbowali.

Więcej w tym temacie pytań, niż odpowiedzi, a to znak, że trzeba go podjąć na nowo, inaczej.    

niedziela, 11 marca 2012

Życie to taki teatr, w którym grasz, przypisane ci lub wybrane dobrowolnie, role: rodzica, dziecka, znajomego, przyjaciela, pracownika i wiele innych. W jednych jesteś lepszy, w innych gorszy. Jedne odpowiadają ci bardziej, inne - niekoniecznie. Z jednych możesz się wywinąć sam lub nie dostać przedłużenia angażu, w innych obsadzono cię na stałe.

Fakt, w jakim stopniu i stylu wywiązujesz się z ważnych życiowych ról, jest ważnym czynnikiem przy diagnozie psychologiczno-psychiatrycznej.

Podobnie jak aktorom nie wszystkie role leżą jednakowo dobrze, tak i ty pewnie nie jesteś osobą wszechstronnie w tym względzie uzdolnioną. Jedni są świetnymi rodzicami, ale gorszymi małżonkami i odwrotnie. Można być wspaniałym pracownikiem, ale kiepskim kochankiem. Tak można by długo, ale chodzi mi o to, żebyś sobie nie czynił wyrzutów, kiedy spotka cię krytyka za którąś z kreacji. Nikt nie jest idealny. W sumie idealna jest sytuacja, jeśli we wszystkim jest się przeciętnym i wtedy wszyscy są z ciebie przeciętnie zadowoleni. I niezadowoleni :) Usłyszałam kiedyś taką opinię, wcale niegłupiego człowieka, że kobieta powinna być dla mężczyzny jednocześnie matką, żoną i kochanką. Nie, nie ta idealna kobieta. Każda. Wiem, że wielu mężczyzn podziela ten pogląd, choć może nie świadomie, a jedynie w realnych oczekiwaniach. Gdyby to nie było takie przygnębiające, pewnie mogłoby być zabawne, bo zaraz nasuwa się pytanie, czy chciałby chodzić do łóżka z matką?!

Dobrze jest, jeśli masz świadomość, jaka jest twoja rola życia, w czym jesteś naprawdę dobry i z czego możesz być dumny.

Niedobrze jest natomiast, kiedy następuje pomieszanie ról. Wbrew oczekiwaniom niektórych mężczyzn, żona to nie matka, a jeśli zaczyna pełnić taką rolę, to nikomu to na dobre nie wyjdzie. Podobnie, kiedy matka stara się być przyjaciółką swoich dzieci - dzieci mogą mieć wiele przyjaciół, ale matkę mają jedną i ma ona do zagrania zupełnie inną rolę w ich życiu, niż przyjaciele. Może dla przykładu jeszcze inna sytuacja. Chory w rodzinie wymaga opieki i wsparcia, ale i tej roli przypisane są pewne kwestie, jak np. pogodzenie się z częściowym oddaniem odpowiedzialności w ręce opiekunów, w obszarach, z którymi sobie nie radzi. Wiem, to trudne, ale konieczne dla sprawnego funkcjonowania rodziny.

Gramy różne role, w różnych teatrach i o tym też warto pamiętać. Co innego znaczy być np. dobrą córką w moim domu i w twoim, dobry mąż dla ciebie, to może być mąż dla mnie nie do zniesienia itd. Ważne jest, żeby w swoim teatrze życia grać własne role prawdziwie i z przekonaniem, choć może nie wszyscy będą ci bili brawo, ale na końcu ty sam dla siebie będziesz najsurowszym jurorem, gdy przyjdzie ci odpowiedzieć na pytanie: jak przeżyłem swoje życie?

 




sobota, 03 marca 2012

Są takie chwile w życiu, które, choć z pewną przesadą, można by nazwać czasami apokalipsy. Wszystko, co się może zawalić, to się wali. I do tego jednocześnie, choć z różnych powodów, ciągnie za sobą następne i następne nieszczęścia, jakby tych pierwotnych było mało.

W takim zawirowaniu trudno o skupienie, więc i mnie zdarzyło się zapomnieć o dość istotnym zaleceniu lekarskim. No, wyleciało z dziurawej, zaprzątniętej sprawami innych, pamięci. Pokajałam się przed panią doktor, lubianą i cenioną przeze mnie, napomykając, że opieka nad tyloma osobami naraz przerasta mnie. I tu usłyszałam, że to dobrze, że mamy się kim opiekować, bo "przynajmniej czujemy się potrzebne". Na moment straciłam oddech, choć buzię miałam otwartą. Zaatakowały mnie jednocześnie trzy refleksje: "gabinet lekarski to nie miejsce do zwierzeń", "chyba ze mną jest coś nie tak", "czy ona naprawdę tak myśli?"

Potem już głównie tylko o tym ostatnim myślałam, więc pewnie kolejny raz jakieś zalecenie mi umknie, no ale pomyśl, czy to nie tragiczne, żeby traktować siebie, jak odkurzacz, poduszkę, czy sól? Tak, one są potrzebne, tylko, że człowiek nie jest sprzętem, żeby bycie potrzebnym określało jego wartość ( i jak się okazuje szczęście!), przynajmniej nie bycie potrzebnym w sensie użytkowym. Chciałabym, żeby moja obecność była pożądana, bez względu na to, czy mogę być w jakimś stopniu użyteczna. A Ty?

Zanim dotarłam do domu zdążyłam popaść w rzewną smutę, myśląc o tym, jaka aspołeczne i niekobieca jestem, bo akurat atut potrzebności jakoś nigdy nie pada w rozmowie o niekobietach. Kiedy już dotarłam na twardy domowy grunt odzyskałam rezon, głównie za sprawą robót do wykonania w ramach bycia potrzebną i porządnie się wciekłam: mam głęboko w tyle, jak jestem oceniana i dlaczego; bardziej zależy mi na tym, żeby mieć choć tyle sił, by spamiętać ważne zalecenia, bo jeśli tak się nie dzieje, to  to kwaśne piwo wypiję sama i czy jestem potrzebna, czy nie, jego smaku nic nie poprawi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi


stat4u