Psychologia do codziennego użytku. Zaufaj, przeczytaj, wykorzystaj lub nie.
RSS
środa, 22 lutego 2012

Jeżeli wszystko to, w co wierzyłeś, czemu ufałeś, wartości i ludzie, doprowadzają cię do życiowego bankructwa, czujesz gorycz. Gorycz to takie dziwne uczucie, coś pomiędzy apatycznym smutkiem, a energetyczną złością. Myślisz: jak to się mogło stać, że przegrałeś, choć miałeś tak wiele dobrych chęci, zapału, tyle wysiłku włożyłeś, by żyć pożytecznie i przyzwoicie? Co było/jest z tobą nie tak?

I kiedy już nie można siebie przekonać, bo fakty drwią i szydzą, że to, czym się kierowałeś było słuszne, szukasz winnego. Niby to proste: twoje wartości, twoje wybory, twoja wina. Ale te wartości ktoś ci wpoił, skądś się wzięły: rodzice, religia, media...To niedobry trop. Odkąd stałeś się dorosły i nie musiałeś już wykonywać poleceń i oczekiwań innych, sam ponosisz odpowiedzialność za własne postępowanie. Obwinianie dodatkowo innych sprawia tylko, że gorycz jest coraz bardziej gorzka. Obwinianie siebie zresztą też. To, co się stało, już się nie odstanie, czasu nie można cofnąć.

Myślisz o ludziach, którzy kiedyś zamierzali cię odwieźć od bliskiego ci spostrzegania świata, pojęcia dobra, zła i przyzwoitości, bo i one mają różne barwy, wcale nie są tak jednoznaczne, jak sądziłeś. Czy mieli rację ci, których kiedyś potępiałeś i oburzałeś się na ich poglądy i czyny? Tego nie wiesz, wiesz tylko, że wygrali. Pomimo.

I tak mieszając łyżeczką wspomnień w szklance goryczy, starasz się zbudować nowy ład swojego świata, bo stary się nie sprawdził. Gorycz sprzyja refleksji i zawieszeniu działania. Daje to nadzieję na nową jakość, ale wcale nie pewność. Czy można zostawić bez śladu wewnętrznego za sobą coś, co było ci dotąd tak drogie i bliskie? Czy, kiedy tylko pojawią się sytuacje wymagające opowiedzenia się, nie zadziałasz odruchowo, tak jak zwykle?

Odpowiedź pewnie zależy od tego, jak wiele straciłeś i jak wielka jest twoja gorycz.

środa, 15 lutego 2012

Na jednym z blogów autorka napisała, że sprawą oczywistą jest, że trzeba być dobrym. Trudno się nie zgodzić z taką opinią, choć pojawiają się natychmiast pewne pytania, a czasem nawet odpowiedzi na nie :)

No bo po pierwsze: co to znaczy być dobrym? i po drugie: kto na tej dobroci korzysta najbardziej?

Po drugie jest łatwe: na dobroci najbardziej korzystają ludzie, którzy nie troszczą się o innych, nie grzeszą empatią, nie dbają o nikogo poza sobą, czyli dobrzy nie są; biorą nie dając nic w zamian, czyli mają maksymalny zysk bez kosztów własnych.

Po pierwsze zazwyczaj jest już bardziej skomplikowane. Generalnie, za osobę dobrą uznaje się taką, która spełnia twoje oczekiwania, ale oczekiwania bywają różne, zatem i pojęcie dobroci też.

I jest jeszcze po trzecie: to, jak ocenia się człowieka, zależy w znacznej mierze od jego płci. Co myślisz, gdy mówisz "dobra kobieta"? Jeśli jesteś mężczyzną, to na pewno wyobrażasz sobie osobę spolegliwą, delikatną, nieco bezradną (no, byle nie w obszarze tzw. prozy życia, bo to już trąci lenistwem), wymagającą twojego wsparcia i porady, opiekuńczą, cierpliwą, w żadnym razie nie przemądrzałą (czytaj: nie zgadzającą się z twoim zdaniem), no i co najważniejsze lojalną do bólu (śmiejącą się najgłośniej nawet, gdy opowiadasz po raz 10-ty ten sam dowcip) i wspierającą cię także wtedy, gdy robisz kosmiczne głupstwa. O kobiecie rywalizującej, pewnej siebie, silnej, zaradnej lub broń Boże lepszej, Linda mówi: "to zła kobieta była".

Tagi: dobro kobieta
10:45, nikitaps
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 lutego 2012

Magda była wcześniakiem, urodziła się za wcześnie. Walczyła, jak każdy wcześniak, o życie w szpitalu. Świat przywitał ją bólem kłutych rączek, szorstką opieką przypadkowych pielęgniarek, niedojrzałością układu nerwowego i pokarmowego. Określenie "niedojrzałość" brzmi niewinnie, ale tak naprawdę polega na tym, że mała istotka zmaga się z wyzwaniami, do których nie jest przygotowana: słyszy "za głośno", razi ją światło, boli brzuszek z jedzenia, którego nie potrafi trawić tak dobrze, jak urodzone o czasie noworodki. Tę walkę o życie wygrała.

Odeszła za wcześnie, nawet nie wiadomo jak. Zwyczajnie - była, a potem już nie. Dane jej było pół roku życia. Tyle, żeby zacząć się nim cieszyć. Półroczne dziecko poznaje swoich opiekunów, jest ufne, lubi żeby je przytulać i bawić się z nim. Mam nadzieję, że jej krótkie życie było dobre. Bo śmierć nie była.

Pisząc tę notkę chciałabym żebyś, choć przez chwilę poświęconą na jej przeczytanie, pomyślał o Madzi w czasie, gdy uwaga wszystkich krąży, przyjaźnie lub wrogo, nad jej rodzicami. Tyle się jej od nas należy. Bo przecież była.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Czytając "Blondynkę na safari"natrafiłam na ciekawe informacje o Masajach, afrykańskim plemieniu, prowadzącym od wieków styl życia, który w pierwszym odruchu określiłbyś mianem dzikiego. Potem obejrzałam film o ich życiu, przysłuchałam się ich wypowiedziom i pytaniom i ze zdziwieniem, a także wstydem, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę różnimy się jedynie szerokością geograficzną i nieistotnymi gadżetami.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie piękna Masajka dzieląca się swoim lękiem o przyszłość. Niespotykana wcześniej susza sprawiła, że uprawianie ziemi było niemożliwe, a jej dzieci nieraz chodziły głodne. Mówiła o tym, że nie może przez to spać po nocach, martwi się, że jej rodzinę i społeczność czeka zagłada.

W tym momencie uciekłam myślami do własnych lęków i obaw. Znam młode małżeństwa, które noszą się z zamiarem opuszczenia swoich pięknych domów lub mieszkań, z taką radością budowanych i urządzanych, bo nie stać ich na spłatę kredytów. Znam takich, którzy myślą o wyjeździe za granicę, choć wcale tego nie chcą, ale nie widzą innego wyjścia. Znam emerytów, którzy czekają już tylko na śmierć, choć kochają życie, ale żyć się zwyczajnie nie da. Świat, który znam, nagle stał się nieprzewidywalny - spokojni i optymistyczni dotąd ludzie stają się drażliwi, przygnębieni, niektórzy - nieprzyzwoici. W powietrzu wisi to samo pytanie: co z nami będzie?

Film o plemieniu Masajów kończy fraza pokazująca potężną burzę i ulewny deszcz. Społeczność odżywa, ale już z nowym spojrzeniem na życie, z przekonaniem o konieczności zmian w przyszłości.

Też czekasz na deszcz? Bo ja tak. Tylko nijak nie mogę zobaczyć, jakie zmiany mogłyby uratować moje plemię.

niedziela, 22 stycznia 2012

A jeśli masz dość wyznaczonej ci roli? Co się stanie, jeśli zechcesz ją zmienić lub wycofać się z rodzinnego systemu? System zacznie bronić swojego, wypracowanego latami, statusu, bo dzięki niemu istnieje i funkcjonuje, nie odda więc pola bez walki. Czy twoja decyzja zdmuchnie rodzinę z powierzchni ziemi? Nie, ale będzie to już inna rodzina, którą zmusisz do uciążliwego wypracowania nowych struktur i zależności. Czy wolno ci narazić rodzinę na taki wysiłek w imię egoistycznych zysków? Oczywiście, że tak.

Kiedy powstawał rodzinny układ sił związany z przydziałem ról, nikt cię nie pytał o zdanie (faktycznie, to mało kto zdawał sobie sprawę, że takie rozdanie się odbywa-dzieje się to zazwyczaj nie aktem jednorazowej decyzji, a w trakcie długiego procesu). Niczego nie obiecywałeś i nie masz żadnych zobowiązań w tym względzie. Jeśli czujesz, że twoja rola przytłacza cię lub ogranicza, masz prawo się z niej wycofać i zacząć funkcjonować na innych, tym razem świadomie ustanowionych warunkach, ale także ze świadomością poniesienia konsekwencji tych zmian.

W rodzinie zawsze są jednostki silniejsze i słabsze: pierwsze wybierają sobie sposób funkcjonowania, drugim zostaje on narzucony. Jednak siła jednostek może z czasem się zmienić, np. przez wzrost świadomości, choć oczywiście nie tylko dlatego.

I jeszcze jedno: to, że jakaś rodzina dobrze funkcjonuje, nie oznacza wcale, że jest to rodzina szczęśliwa. Na szczęście rodziny składa się poczucie zadowolenia poszczególnych jej członków. Czasem przebudowa rodzinnego systemu na skutek buntu jednego z jej elementów, sprawia, że w konsekwencji, po okresie zawirowania, rozkład szczęśliwości staje się bardziej równomierny, a role rodzinne bardziej satysfakcjonujące.

Życie to ciągłe zmiany. Czemu nie miałoby to dotyczyć życia rodziny?

08:04, nikitaps
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 stycznia 2012

Rodzina to sieć wzajemnych powiązań i zależności. To taki teatr, gdzie każdy ma jakąś przypisaną rolę, czy chce tego, czy nie. Najczęściej nawet nie wie, że ją ma. Dowiadujesz się o tym przypadkiem, bo ktoś z zewnątrz rzuci, zdawałoby się, niewinną uwagę, podzieli się swoim spostrzeżeniem, opowie o swojej "normalnej" rodzinie. Dowiadujesz się wiele o sobie i swoim rodzinnym Matrixie także wtedy, kiedy zaczynasz po raz kolejny mieć uczucie deja vu: spotykasz się z takimi samymi zarzutami, oczekiwaniami i robisz coś, o czym wcale nie jesteś przekonany, że akurat powinieneś, ale i tak...wchodzisz w swoją rolę. Dowiadujesz się, jak to wszystko gra i buczy w sytuacji kryzysu, kiedy sytuacja zmusza poszczególnych członków rodziny do przyjęcia konkretnej postawy: zaangażowania się, opowiedzenia lub wycofania. A kiedy się już w końcu dowiadujesz, jesteś ogromnie zdziwiony, jak to w ogóle możliwe, że nie dostrzegałeś tego przez te wszystkie lata?! 

Kopalnią wiedzy o rodzinnym Matrixie są zbiorowe fotografie, do których rodzina się ustawiała. Przypatrz się, kto jest w centrum, kto tuż obok niego, a kto na obrzeżu; czy postacie się do siebie przytulają, obejmują, czy wręcz przeciwnie. I uwierz tym zdjęciom - to nie jest przypadek.

piątek, 13 stycznia 2012

Kiedy wydaje się, że nic nie może pójść już gorzej (co oczywiście jest błędnym założeniem, bo zawsze może), kiedy walą się wszystkie dotychczasowe struktury, w ramach których funkcjonowałeś, a wyobraźnia nie podsuwa żadnych innych, choćby tylko prawdopodobnie lepszych i realnych, do zrealizowania, czyli, kiedy jak się nie obrócisz...jest źle, masz do czynienia z kryzysem.

Kryzys w sferze psychicznej to mieszanka dezorientacji, gniewu, bezsilności i mocno obniżonego nastroju. Czasem szamoczesz się, czasem popadasz w apatię, a najczęściej robisz jedno i drugie na przemian. Stąpasz po kruchym lodzie i każdy fałszywy krok, a o taki w tym stanie nie trudno, grozi w najlepszym razie lodowatą kąpielą.

To, co możesz zrobić dla siebie w kryzysie, to wycofać się na jakiś czas, wyciszyć emocje, podjąć pracę  nad nowym modelem funkcjonowania. A jeśli nie możesz tego zrobić, bo koliduje to np. z interesem najbliższych ci osób, w tym momencie zignoruj ich doraźny interes, bo i tak, rozedrgany i zagubiony, nie na wiele im się zdasz.

Tagi: kryzys
17:33, nikitaps
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 stycznia 2012

Są ludzie, którzy wiodą życie jako ta ewangelijna panna roztropna: rozsądnie, planując i przewidując. Są i tacy, którzy jak literacki Piotruś Pan (może to być także kobieta) żyją podług zasady jakoś to będzie, czyli faktycznie bez zbędnych zasad i ograniczeń. O nich będzie ta notka.

Typ Piotrusia Pana ma wiele uroku. Jest wyluzowany, ma mnóstwo barwnych, nietuzinkowych pomysłów, lubi się śmiać i szybko zapomina o niepowodzeniach. Na tle wiecznie zestresowanych, zabieganych i zamartwiających się kolegów, wypada zdecydowanie atrakcyjnie i ponętnie. Do czasu. Życie tak już ma, że bajką nie jest, nieprzewidziane przeciwności się zdarzają, a jeśli dodać do nich te wynikające z niefrasobliwości - bywa ciężko. Piotruś Pan ma wprawdzie ciekawe pomysły, ale już żadnego pomysłu jak je zrealizować, bo jakoś to będzie. Tylko, że nie ma stanu "jakoś". Jest dobrze albo źle. Żeby było dobrze trzeba się deczko wysilić i jakoś tak się dziwnie dzieje, że ten wysiłek spada na partnera Piotrusia Pana, jeśli się w porę zorientuje. Jeśli nie, jest źle, ale co tam: "po latach będziemy się z tego śmiali". Może i tak, ale żeby tak było trzeba wytrwać z PP te lata, a to nie łatwe. Szybko się bowiem orientujesz, że jeśli PP mówi, że coś jest na pewno, to znaczy faktycznie, że ma takie wewnętrzne przekonanie, a sprawdzanie swoich przekonań nie leży w jego naturze. Ponadto PP uważa, że mieć genialny pomysł to wystarczy, żeby zbierać pochwały i zachwyty. A, że nie wyszło? No przecież to nie wina PP! On tego nie chciał, myślał, że wyjdzie. Masz wtedy na końcu języka, żeby może już lepiej nie myślał, bo to nie jest jego mocna strona, tylko jednocześnie uświadamiasz sobie, że jeśli go zwolnisz z myślenia, to kto będzie tym zadaniem wyłącznie obarczony? Ty. I koło graniaste się zamyka, a życie biegnie od przypadku do przypadku.

Z czasem jesteś coraz bardziej zmęczony PP, ale jeszcze ci go żal, bo faktycznie nie ma złych zamiarów, chce dobrze i jest taki...bezbronny. Wydaje się, że bez ciebie nie poradzi sobie nawet z zawiązaniem butów, zginie, zwiędnie jak piękny kwiat. Nic bardziej mylnego. Jeśli zdecydujesz się, z bólem serca, opuścić PP, po jakimś czasie znajdziesz go radosnego w innym wazoniku. Ludzie mają serca czułe na cudzą niedolę, szczególnie w tak uroczym wykonaniu.

 


piątek, 30 grudnia 2011

Jeśli w twoich ramionach nigdy nie spało niemowlę, to koniecznie musisz to zmienić. Nie ma cudowniejszego uczucia i lepszej nauki życia, niż przyglądanie się śpiącemu niemowlęciu z tak bliska, jak to tylko możliwe.

Śpi, ale za chwilę buzia wykrzywia się w podkówkę, a małe ciałko wierci niespokojnie. Wystarczy jednak, że ukołyszesz je nieco, pogładzisz, przytulisz delikatnie, a wszystkie zmarszczki na buzi znikają. Znowu śpi. Za moment uśmiecha się przez sen. Maja matka powiedziałaby, że to aniołki szepczą mu coś do ucha. Uśmiech niemowlaka jest taki zaraźliwy, więc i ty się szczerze uśmiechasz (pamiętasz jeszcze, jak to jest?). Sekwencje podkówka-uśmiech powtarzają się tak długo, jak długo starczy ci sił w ramionach :)

Niemowlę żyje chwilą, a każdą z nich przeżywa prawdziwie. I ceni sobie tak bardzo rzeczy najważniejsze: ciepło drugiego człowieka, jego miłość i obecność. I w sumie mądrze robi, bo życie składa się z chwil tylko - cała reszta to nasza, często wypaczona, pamięć lub przewidywania, które mogą się sprawdzić albo nie.

Życzę ci więc, żebyś nauczył się znowu żyć, jak niemowlę. W 2012, roku przewidywanego kryzysu, te życzenia, myślę, są jak najbardziej na miejscu :)

czwartek, 29 grudnia 2011

"Rozumiem cię", "wiem, co czujesz". Pewnie nie raz słyszałeś te słowa. I pewnie mimo, że padły, nie raz wcale nie czułeś się zrozumiany. Empatia, czyli współodczuwanie, ma bowiem swoje granice. Jeśli nie przeżyłeś tego samego, to możesz sobie jedynie mgliście wyobrażać, jak to jest. Jak może np. kilkunastoletnia dziewczyna wiedzieć, co czuje stara kobieta? Nie może. Może się tylko domyślać, jeśli ma dobrą wolę zrozumienia.

Brak lub ograniczenia w empatii wcale nie wykluczają współczucia: nie wiem, dlaczego tak cierpisz, ale wierzę, że cierpisz i chcę ci pomóc. Jeśli tak, to czy empatia jest w ogóle potrzebna? Może wystarczy zwyczajnie serdecznie wyciągnięta ręka, gotowość do pomocy? Czasem pewnie tak, ale nie zawsze.

Bo nie zawsze chodzi o pomoc, a o zrozumienie uczuć właśnie. To dlatego ludzie chętnie gromadzą wokół siebie innych, z którymi łączy ich wspólny dramat i podobne przeżycia. To taki komfort, kiedy nie musisz nic mówić, bo wiesz, że i on to wie.

W najgorszej sytuacji są tacy, których spotyka/spotkało coś rzadkiego, wyjątkowego. Zostają z tym niezrozumieniem sami, choć często wcale nie samotni. Mogą starać się wytłumaczyć, jak to jest, kiedy się tak dzieje lub milczeć. Często zostają "dziwakami", izolując się, wycofując w jedynie sobie znany świat. To przerażające, jak niewiele trzeba, żeby się w takim świecie znaleźć. I jak trudno z niego wrócić. Ten własny świat może jest pusty i samotny, ale bezpieczny: to taka ulga, kiedy już nie trzeba się z niczego przed nikim tłumaczyć.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Tagi


stat4u